Zobaczyć Nepal

Dziś jest: Poniedziałek, 24 lutego 2020, Imieniny: Macieja, Bogusza
Promocje i ogłoszenia »

Nepal

2009-07-28

Zobaczyć Nepal

Do Nepalu trafiliśmy po dwumiesięcznej, wyczerpującej podróży po Indiach. Jednak zanim tak się stało, mieliśmy chwile zwątpienia i niepewności. W prasie, telewizji i internecie ostrzegali przed coraz to bardziej narastającym niebezpieczeństwem ze strony maoistów. Nawet w Indiach spotykaliśmy podróżników zdecydowanie odradzających nam ten wyjazd. Polegając jednak na własnym zdrowym rozsądku nie daliśmy się zwieść tym niczym nieuzasadnionym uprzedzeniom, dzięki czemu zobaczyliśmy kraj, który swoim pięknem przewyższał wszystko, co do tej pory widzieliśmy. Nepal to raj dla podróżników, miłośników gór, sportów ekstremalnych, ale także koneserów sztuki, architektury i przede wszystkim tych, którzy pragną doświadczyć niesamowitej, ekscytującej i pierwotnej (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) kultury.


Nasza trasa obejmowała Kathmandu i sąsiadujące z nim miasta, Pokhrę, 2 tygodniową wędrówkę wokół masywu Annapurny i park narodowy Chiwan. W Nepalu spędziliśmy nieco ponad miesiąc.

Poniższy tekst pochodzi z dziennika, który prowadziłem przez cały wyjazd. Nie umieszczam szczegółowych danych na temat cen, czasu trwania przejazdów itp.; są one dostępne w przewodnikach np. Lonelyplanet (http://www.lonelyplanet.com).

Dedykuję Ewie.

Z Indii do Nepalu

Granicę indyjsko-nepalską postanowiliśmy przekroczyć w Sunauli. Będąc w Varanasi jest to najlepsze rozwiązanie. Dwa miesiące w Indiach dały nam się we znaki, tym chętniej wsiedliśmy do nocnego autobusu i po krótkiej, lecz dosadnej kłótni z kontrolerem biletów (kazał nam wrzucić plecaki na dach, mimo iż miejscowi ładowali ogromne worki do środka, nie ustąpiliśmy jednak, gdyż tego samego dnia w pociągu Ewie skradziono torebkę i nie mieliśmy ochoty na kolejny taki incydent), wyruszyliśmy w kierunku granicy. Wśród pasażerów było kilku Nepalczyków, którzy od razu przypadli nam do gustu. Nie gapili się natarczywie i nie zadawali kłopotliwych pytań dotyczących naszego związku ("Skoro nie jesteście małżeństwem, to czy uprawiacie seks? Bo w Indiach to niedozwolone..."), tak jak robili to przez ostatnie dwa miesiące wąsaci Hindusi.

21.09.04

Po niecałych 10 godzinach jazdy, a raczej podskakiwania na tysiącach dziur, w końcu docieramy do celu. Główna ulica prowadziła prosto do granicy. Po przejściu indyjskiej kontroli celnej udaliśmy się do małego domku przy drodze, gdzie po opłaceniu 30 USD za wizę (60 dniową) usłyszeliśmy uprzejme "Welcome to Nepal" i z uśmiechem na twarzach ruszyliśmy w kierunku postoju autobusów do Kathmandu. Po szybkiej wymianie waluty (kupiliśmy tylko niezbędną na podróż gotówkę, bo kurs był gorszy niż w stolicy) oraz po negocjacjach cenowych z kierowcą (240 rupii nepalskich, przy czym 1$=77rupii, 1Euro=91rupii) zostajemy upchnięci w małym autobusie i ruszamy w kierunku Kathmandu. Co kilkadziesiąt kilometrów, zatrzymywano nas na punktach kontrolnych wojska rządowego, na których wszyscy mężczyźni (z wyjątkiem turystów) musieli opuszczać pojazd i udać się na kontrolę dokumentów i bagażu. Widok uzbrojonych, często w muzealną broń, wojskowych mącił nieco dobrą atmosferę, lecz prawdziwy problem zaczął się, gdy dojechaliśmy do odcinka drogi, której połowa (lewy pas) znajdował się kilkadziesiąt metrów niżej w rzece...Wszystko z powodu obfitego monsunu. Ruch w obu kierunkach odbywał się więc tylko jednym pasem, często na krawędzi przepaści. Serca mieliśmy w przełykach, lecz na miejscowych nie robiło to żadnego wrażenia. Po drodze kilka wypadków i stojący na poboczu autobus po dachowaniu, wyciągnięty kilka dni wcześniej z rzeki. Sądząc po kształcie dachu, pasażerowie mieli niewielkie szanse na przeżycie. Jakby tego było mało, 30 min. przed celem podróży, gigantyczny korek, spowodowany ostatnim punktem kontrolnym przed Kathmandu. Nie mając ochoty na kilkugodzinne oczekiwanie, bierzemy plecaki i ruszamy pod górę, mijając setki ciężarówek i autobusów. Po ponad godzinnej wspinaczce docieramy do check point'u, ładujemy się do pierwszego autobusu, który właśnie przeszedł kontrolę i po 20 min docieramy do Kathmandu (po 13 godzinach jazdy, a nie 8 jak zapowiadano). Po wkroczeniu do turystycznej części dzielnicy Thamel, nie możemy uwierzyć własnym oczom. Czujemy się jak w centrum którejś z europejskich metropolii, wszędzie kolorowe reklamy, sklepy, puby i restauracje. Dla kogoś, kto przyleciał tu z Europy, będzie to wielkim rozczarowaniem. Dla nas po dwumiesięcznej rozłące z "zachodem" jest to jak powrót do domu. Cieszymy się jak małe dzieci, Indie nie rozpieszczały, dlatego ta namiastka luksusu jest dla nas jak balsam. Znajdujemy "Down Town Hotel" i za śmieszną cenę 200 rupii dostajemy wspaniały pokój z łazienką. Ciepły prysznic i posiłek w "Momo Star"(naszej przyszłej jadłodajni) sprawia, że zapominamy o trudach jazdy autobusem. Ogarnia nas euforia, czujemy, że uwielbiamy to miejsce!

22.09.04

06.jpgDziś sklepowe szaleństwo. Można tu kupić dosłownie wszystko. Ceny są śmieszne, a wyroby często wyższej jakości niż w Indiach. Targowanie obowiązkowe! Miejscowi sprzedawcy są rozpieszczeni przez bogatych amerykańskich turystów, dla których nawet dziesięciokrotnie wyższa cena wydaje się niska. Za puchowy śpiwór, mieszczący się w worku o wymiarach 30X15 cm, płacę niecałe 20$. Jeśli ktoś nie ma kurtki z Gore Tex'u (za kurtkę z oryginalnego trójwarstwowego Gore Tex'u razem z polarem dałem 50$), polaru (dwustronny za 8$), windstoppera (oryginalny za 45$!!!), czy jakiegokolwiek sprzętu górskiego, niech nie kupuje go w kraju. Tu wszystko jest tańsze, a czasem i bardzo wysokiej jakości. Oczywiście można kupić wyroby miejscowe za kilkakrotnie niższą cenę, gorszej jakości, lecz i tak całkowicie wystarczające na górską wędrówkę.

23.09.04

Po wczorajszych szaleństwach czas na trochę kultury. Zwiedzamy Durbar Square i resztę starego miasta. Jest piękne, tętni życiem, wszędzie pełno świątyń i kapliczek, targowisk, no i oczywiście wspaniałych i ciekawych ludzi. Jakże różnią się od Hindusów; nikt nas nie zaczepia i nie prosi o zdjęcie (no może poza Thamelem, gdzie sprzedawcy maści tygrysiej, haszyszu i marihuany, oraz rikszarze, mocno nadużywają naszej cierpliwości; są jednak znacznie mniej natarczywi niż Hindusi, albo to my się już tak uodporniliśmy). Gdy podchodzi do mnie grupka wąsatych panów, przekrzykujących się "Hello! You from?, Your country?" (ze szczególnym podkreśleniem "r") od razu wiem, że są turystami z Indii, na co reagują z wielkim zdziwieniem; po czym ich niby poznałem? Mam zbyt dobry humor żeby im to tłumaczyć...

24.09.04

Patan graniczący z Kathmandu to nasz dzisiejszy cel. Docieramy do niego autobusem (kursują regularnie za kilka rupii) z City Bus Station. Rewelacja, pstrykam zdjęcia jak dziki. Miasto słynie z wyrobu masek. Kupujemy kilka prosto od producentów, są rzeźbione na oczach przechodniów, a wykonujący je rzeźbiarze po kostki brodzą w pachnących świeżym drewnem trocinach. W Kathmandu odbieram od fotografa 19 filmów, które zrobiłem w Indiach. Zdjęcia są rewelacyjnej jakości, robione na cyfrowych labach, w klimatyzowanych laboratoriach. Płacę ponad połowę mniej niż w kraju, za najwyższą jakość (oczywiście po utargowaniu ceny)! Nie warto też kupować u nas filmów. Fuji Superia 200, 36 klatek kosztuje 140 rupii (czyli 7 PLN)! W ogóle stwierdziłem, że na upartego można tu przyjechać w majtkach, z kartą kredytową i paszportem. Całą resztę można spokojnie załatwić na miejscu.

25.09.04

Dziś czas na zabytek nr 1, Buddyjską stupę Swayambhunath (jest to półkulista budowla sakralna z relikwiami i charakterystycznymi oczami Buddy namalowanymi na górze), goszczącą na wielu pocztówkach rozsyłanych z Nepalu po całym świecie. Zwana jest także świątynią małp, z powodu obecności dużej ilości wrednych rezusów, zjeżdżających po poręczach, ku wielkiej uciesze zwiedzających. Uwaga, choć wyglądają jak maskotki, potrafią być agresywne i zaczepne! Stupa jest wspaniała, a widok z niej na Kathmandu należy do najlepszych.

26.09.04

W dzisiejszym dniu postanawiamy złożyć wizytę miasteczku Bhaktapur, które później okaże się moim kulturowym numerem jeden całego wyjazdu. Stare miasto znajduje się na liście UNESCO i wyłączone jest z ruchu samochodowego. Przed wejściem na jego teren, należy uiścić opłatę w wysokości aż 750 rupii/os, co na pierwszy rzut oka wydawać się może koszmarnie drogim przedsięwzięciem. Bilet jest jednak ważny tydzień, a warto poświęcić temu miejscu więcej niż tylko jeden dzień. Można oczywiście próbować wejść bez biletu, warto jednak pamiętać, że opłata przeznaczana jest na ochronę zabytków.

Zwiedzając Bhaktapur, czułem się jakbym dostąpił wielkiego zaszczytu. Brakowało mi słów na wyrażenie swojego zachwytu. To było jak podróż w czasie. Wędrowaliśmy wąskimi i krętymi uliczkami, całkowicie pozbawionymi turystów, na których tubylcy, nie zwracając na nas uwagi, podążali za codziennymi obowiązkami. Pewnie nikt z nich nie zdawał sobie sprawy jak wielka stanowi atrakcję. Bo tak naprawdę to nie świątynie, pomniki, czy pałace są tu najważniejsze (choć są ich tu setki), są to zwykli ludzie żyjący dokładnie tak, jak przed wiekami. Cały plac garncarzy wypełniony jest schnącymi na słońcu glinianymi naczyniami, wytwarzanymi ręcznie w warsztatach mieszczących się wokół placu. Wszystko dzieje się na ulicy, można prześledzić każdy etap powstawania glinianych naczyń. Od rozrabiania surowej gliny, poprzez lepienie, suszenie, wypalanie i w końcu sprzedawanie gotowych produktów. Ulicę dalej, widzimy grupkę kobiet siedzących przed domem. Każda z nich robi na drutach lub wyszywa. Obok kilku starców gra w kości. Wszędzie panuje gwar. Wszyscy wyglądają na bardzo szczęśliwych, nikt nie jest samotny, życie w społeczności odgrywa tu wielką rolę. Znowu robię zdjęcia jak szalony, chcę wynieść stąd jak najwięcej wrażeń. Rozmyślam później nad "zachodnim" stylem życia, pogonią za pieniądzem, sławą i związaną z tym "samotnością w tłumie". Nikogo nie interesuje tu najnowszy model Nokii czy Mercedesa, nieważne jest jaki kolor będzie modny następnego lata. Jakże pusty i smutny wydaje mi się świat, w którym żyję!

Wieczorem spotykamy w hotelu Dawida i Jarka, którzy mieli dołączyć do nas już wczoraj, lecz z powodu dalszego osunięcia się drogi prawie dobę jechali z Sunauli do Kathmandu. Wieczór spędzamy na opowiadaniu wrażeń z wyjazdu.

27.09.04

Od dziś trzydniowy strajk, co oznacza pozamykane sklepy, banki i restauracje, a przynajmniej w teorii. Dla turystów często robi się wyjątek. Maoiści ogłosili zagrożenie atakami na cele publiczne, a rząd żeby je udaremnić, wprowadził zakaz handlu, żeby nie kusić terrorystów. Tak to mniej więcej działa. Ci, którym maoiści spalą sklep, dostaną jeszcze baty od rządu, bo nie przestrzegali zakazu handlu. Kupujemy bilety do Beshishahar, miejsca, z którego planujemy wyruszyć w góry. W hotelu poznajemy 18 letnią Francuzkę Lilu, która sama na trzy miesiące wybrała się do Nepalu. To dopiero odwaga! Postanawia wędrować razem z nami. Poza tym załatwiamy pozwolenia na wstęp do parku narodowego masywu Annapurny. Potrzebne 1 zdjęcie i 2000 rupii. Koszty utrzymania na dzień wędrówki ustalamy na 500 rupii/os.

28.09.04

Robimy przygotowania do wyjazdu, kupuję wysokoenergetyczne tabliczki z orzeszkami ziemnymi w karmelu i wiele innych rzeczy, które później przyjdzie mi dźwigać.

29.09.04

Jutro rano wyjazd. Kupujemy wielki wór zamykany od góry i pakujemy do niego wszystko to, co nie będzie nam potrzebne podczas wędrówki. Bezpłatnie i całkowicie bezpiecznie można wszystko zostawić w hotelu w którym się mieszkało. Kradzieży raczej się nie spotyka, przy takiej konkurencji każdy dba o dobrą reputację. Przedmioty szczególnie cenne można zostawić w sejfie. Mimo wszystko mam mieszane uczucia, gdy pamiątki z całych Indii lądują w małym kantorku za recepcją.

30.09.04

Wczesnym rankiem wyruszamy autobusem do Dumre, z którego łapiemy transport do Beshishahar. Po drodze kilka spalonych podczas strajków autobusów, które wyłamały się z zakazu ruchu drogowego. Nikt jednak nie ucierpiał i nie były to autobusy turystyczne, te nigdy jeszcze nie były atakowane. W Beshishahar Lilu oznajmia, że skradziono jej z plecaka gdy leżał na dachu, wielką kosmetyczkę z drogimi kosmetykami. My widzimy w tym jednak i dobrą stronę, nie będzie musiała tego dźwigać! Po co w górach kosmetyki? Lepiej sprawdzić co towarzyszki wyprawy pąkują do plecaków, każdy nadmiar trzeba będzie później za nie dźwigać...

Jesteśmy na szlaku., zdążymy jednak dojść tylko do Khudi przez nastaniem nocy. Lokujemy się w schronisku z chatkami ulepionymi ze słomy i mieszanki gliny z krowim łajnem. Podobno to doskonała izolacja termiczna... W nocy burza, dach przecieka, ale kapie na szczęście obok łóżek. Po jednym z przerażających piorunów Lilu wyskakuje z łóżka i coś krzyczy po francusku. Zaraz się jednak opamiętuje, tzn. budzi i obraca wszystko w żart. Zazwyczaj nie boję się burz, ale ta była wyjątkowa - na miarę Himalajów.

01.10.04

Przygody ciąg dalszy. Mijamy wspaniałe wioski, pola ryżowe i sady. Niestety pada, co znacznie utrudnia robienie zdjęć i psuje widoki na góry. A miało być już po monsunie. Docieramy do Bahundandy, gdzie postanawiam zjeść najcięższe składniki swojego prowiantu, gdyż szlak dał mi dziś nieźle w kość. Z takim plecakiem nie mógłbym iść dalej. Kierujemy się do hotelu z wielkim napisem "Hot shower!", niestety woda okazuje się zimna, bo grzana jest energią słoneczną, a że było pochmurno - nie miała jak się ogrzać. Nie będzie to jednak z pewnością najzimniejszy prysznic na szlaku. Wieczór spędzamy na rozmowach z innymi turystami; pochodzą z różnych zakątków świata, a wielu z nich ma ogromny bagaż doświadczeń związanych z podróżami. Ogólnie zauważam, że wszystkich na szlaku łączy niesamowita więź, niezależnie od tego kim są u siebie w domu, jakie zajmują stanowiska i ile maja pieniędzy. Tutaj dla każdego szlak jest jednakowo stromy, kamienie równie śliskie, a słońce niemiłosierne. Wszyscy mają też jeden cel - pokonać Thorung La i szczęśliwie dotrwać do końca.

02.10.04

Dziś trafiamy do jednej z najpiękniejszych osad na szlaku - kamiennej wioski Jagat. Do teraz wygląda dokładnie tak jak za czasów swojej świetności, gdy była miejscem poboru ceł na tybetańskim szlaku handlowym.

Trasa jest przepiękna, wioski po drodze tak idylliczne, jakby były nie z tego świata Wszyscy dostrzegamy bardzo ścisłe więzi społeczne pomiędzy ich mieszkańcami. Ludzie pomagają sobie w pracach polowych, budowlanych, pilnowaniu dzieci itp. Dbają o czystość i porządek, to w końcu ich ziemia, od pokoleń. Nikt nie jest tu samotny, wszystkich wiążą te same problemy. Żyją własnym rytmem, całkowicie poza tzw. "cywilizowanym światem". I oby tak dalej!

Często zastanawiam się, jakby to było, zamieszkać w jednym z takich miejsc, całkowicie odciąć się od zachodniej rzeczywistości, nabrać dystansu do tego, do czego jesteśmy na co dzień najbardziej przywiązani. Totalny spokój, odosobnienie i co najważniejsze - życie w zgodzie z naturą. Oczywiście wymagałoby to wielkiej pokory, szczególnie od nas, ludzi zależnych do tak wielu, niepotrzebnych w sumie luksusów. Jeśli kiedykolwiek miałbym potrzebę ucieczki przed życiem, mafią, czy fiskusem, to na pewno zaszyłbym się w jednej z tych górskich wiosek.

W końcu docieramy do Chamje, pogoda jest beznadziejna, leje, a góry cały czas pogrążone są w chmurach. Na kolację czekamy półtorej godziny, nie znają tu pośpiechu...

03.10.04

Wczesne wstawanie jeszcze nam nie wychodzi. Jako jedyny mam zegarek z alarmem. Wstaję zatem pierwszy i budzę resztę załogi, która po chwili ponownie zasypia. Tak jest codziennie... No ale cóż. Tempo mamy całkiem niezłe i choć wyruszamy godzinę później niż pozostali wędrowcy, w trakcie dnia często ich doganiamy. Wieczorem spotykamy się w tym samym schronisku, grając w karty i dyskutując całymi godzinami.

Dziś najpiękniejszy jak dotąd odcinek szlaku. Droga wiedzie stromą doliną, w dole huczy górska rzeka, nad nami wiszą porośnięte mchem skały. Tak wyobrażałem sobie szlak Tolkienowskiej "Drużyny pierścienia". Rewelacja!

Nocleg w Bagarchap, zamawiam Dal Bhat (typowe nepalskie danie) za aż 155 rupii, ale dają nieograniczoną ilość dokładek, a głodny jestem jak wilk! Jeszcze gorąca herbata z cytryną i jestem w siódmym niebie...

04.10.04

Dzień zaczął się wspaniale, świeciło słońce a w oddali oślepiającą bielą błyszczał jakiś szczyt. Trasa była łatwa i szybko dotarliśmy do zamierzonego celu. Chame to jedna z największych osad na szlaku. W wybranym przez nas schronisku sensacja - gorąca woda! Prysznic był wyborny, a Dal Bhat (już za 170 rupii) tak wielki, że ledwo wstałem od stołu. Po środku jadalni żeliwny piec, a wokół niego ludzie wymieniający spostrzeżenia z dzisiejszego odcinka trasy. Panuje wspaniała atmosfera. Co za wieczór! Tylko dlaczego za oknem leje?

05.10.04

Chyba pogoda czytała moje gryzmoły, bo budzę się w piękny, słoneczny poranek. Wyglądam przez okno a tam szczyt Manaslu (8162 m) w promieniach wschodzącego słońca! Miłość od pierwszego wejrzenia! Wyskakuję z łóżka i budzę Ewę, choć jest dopiero 6 rano. Następnie naciągam spodnie, chwytam aparat, statyw i biegnę na balkon na ostatnim piętrze schroniska. Góra jest piękna! Brakuje mi słów na wyrażenie swojego zachwytu. Nie do wiary, za 60 rupii od osoby dostaliśmy pokój z widokiem na ośmiotysięcznik, choć tyle samo kosztowały wszystkie inne pokoje! Cóż za szczęście. Przypominam sobie tylko ile trzeba było płacić w kraju za widok gór z hotelowego okna... i to jakich gór...

Długo zajmuje nam wyjście z wioski, tyle się tu dzieje. Rewelacja! W końcu docieramy do Dolnego Pisangu na wysokości 3200 m. Poznajemy tam Amerykanina, nauczyciela, który od wielu lat podróżuje po świecie, głównie z deską do surfingu w poszukiwaniu doskonałej fali. Postanawia do nas dołączyć.

06.10.04

Kolejna poranna sesja zdjęciowa. Tym razem Annapurna II (7936 m). Jest jak na wyciągnięcie ręki. Wzrokiem mogę wejść na jej szczyt w miejsca w którym stoję. Jest piękna i będzie nam towarzyszyć przez kilka następnych dni. Ponadto doskonale widać Annapurnę IV (7525 m), Pisang Peak i kilka szczytów Chulu. Poranki i wieczory wraz ze wzrostem wysokości, robią się też coraz chłodniejsze.

Zdecydowaliśmy się na tzw. górną drogę do Manang'u. Czekało nas długie i strome podejście do wioski Ghyaru. Nie było lekko. Tym bardziej, że powietrze stawało się coraz rzadsze. Lecz widok z góry na Annapurnę II i IV, wynagrodził z nadwyżką podjęty trud. Nigdy wcześniej zupka chińska nie smakowała mi lepiej, niż w ten dzień, gdy jadłem ją spoglądając na wspaniałe górskie szczyty. Nie zamieniłbym jej nawet na dziesięciodaniową ucztę w drogiej restauracji.

Po drodze mijamy szeregi buddyjskich młynków modlitewnych, zawierających tybetańską mantrę "Om mani padme hum", co w dosłownym tłumaczeniu znaczy: " niech żyje klejnot w kwiecie lotosu", czyli Budda. Ponadto napotykamy na kapliczki, tybetańskie płyty modlitewne i powiewające kolorowe buddyjskie chorągiewki. Wyraźnie czuć bliskość Tybetu. Zmienił się też krajobraz. Wegetacja jest znacznie mniej bujna, choć i tak zdumiewająca jak na tą wysokość. Domy zbudowane są z kamienia, jako opał służą odchody jaków i krów. Na dachach domów znajdują się spiżarnie, częściowo pod gołym niebem. Pada tu rzadko, a słońce i suchy wiatr doskonale konserwują żywność. Właśnie są żniwa i dachowe magazyny zapełniają się. Będą służyły przez całą zimę.

W końcu docieramy do Manang'u (3540 m); tu zafundujemy sobie dzień aklimatyzacji zanim wyruszymy wyżej. Niektórych turystów już dopadła choroba wysokościowa, a nie ma z nią żartów, w skrajnych przypadkach doprowadza do śmierci! Wczesne jej objawy to ból głowy, zmęczenie, skołowanie, przyspieszona praca serca i brak apetytu. Nudności i wymioty, silny ból głowy, zaburzenia równowagi, kołatanie serca i suchy kaszel to objawy, przy których należy szukać natychmiastowej pomocy. Tylko szybkie zejście do niższych partii gór przynosi poprawę. Słońce też praży znacznie silniej niż na w tropiku na południu Indii.

W schronisku podają nawet lasagne, a stek z jaka należy do specjalności kuchni. W ogóle obfitość serwowanych tu potraw szokuje! Tak obszernego menu i tak dobrej jakości jedzenia nie powstydziłaby się niejedna restauracja.

07.10.04

Dzisiejszy dzień mieliśmy spędzić na leżeniu brzuchami do góry. Postanawiamy jednak wspiąć się do Lodowego Jeziora na wysokości 4600m. Już po niedługiej wspinaczce zauważamy, że każdy nadmierny wysiłek, każde przyspieszenie kroku, kończy się zadyszką. Ponadto wieje strasznie zimny wiatr. W połowie drogi spotykamy wracających z jeziora turystów z naszego hotelu. Okazuje się, że wyruszyliśmy za późno i postanawiamy zawrócić. Resztę dnia odpoczywamy i omawiamy dalszy plan wyprawy. Decydujemy się iść od razu do Thorung Phedi, a nie jak sugeruje przewodnik Lonelyplanet, do Letdar. W ten sposób zaoszczędzimy dzień. Wszyscy czujemy się doskonale, więc zdobycie Thorung La bez kolejnego dnia aklimatyzacji wydaje się rozsądnym rozwiązaniem. Z hotelowego dachu rozpościera się wspaniały widok na góry. Nad nami Gangapurna (7454 m) i jej lodowiec zasilający małe jezioro niedaleko schroniska.

08.10.04

Po porannej sesji zdjęciowej ruszamy w drogę. Krajobraz staje się jeszcze bardziej surowy. Wszyscy zamieramy z wrażenia, gdy na wysokości naszych głów bezszelestnie przelatuje wielki i dostojny orzeł. Cóż za piękny widok! Napięcie w grupie rośnie. Boję się żeby nikt nie dostał objawów choroby wysokościowej. Oznaczałoby to konieczność zejścia niżej, a zapadał już zmrok. Pokonaliśmy dzisiaj 1000 metrów wysokościowych. To całkiem sporo jak na jeden dzień! W Thorung Phedi (4591 m) są tylko dwa hotele. Warunki spartańskie, ale nikt nie zostaje tu dłużej niż jest to konieczne. O prysznicu można zapomnieć, choć w takiej zimnicy i tak nikt nie myśli o kąpieli. Siedzimy w części jadalnej razem z resztą turystów. Za oknem Gangapurna w promieniach zachodzącego słońca. Do jedzenia zamawiamy smażone ziemniaki z cebulą i dużą ilością czosnku. Dowiadujemy się od jednego z tragarzy, że czosnek zmniejsza ryzyko powstania choroby wysokościowej. Proponuje nam nawet, żeby na czas jutrzejszego podejścia trzymać ząbek czosnku między zębami! Sądzę, że nie skorzystamy z tej porady. W oczach pozostałych wędrowców widać jakby niepokój, napięcie i lęk przed nadchodzącym wyzwaniem. Osobiście boję się nocy. Co jeśli ktoś zachoruje? Nie mogę zasnąć, ciężko złapać głęboki oddech, serce wali jak szalone. Oby tylko dotrwać do rana.

09.10.04

No i nadszedł ten wielki dzień, na który wszyscy czekali od początku wędrówki. Noc była nieprzespana. Gdy z powodu zimna zamknąłem się cały w śpiworze i oddychałem jeszcze bardziej rozrzedzonym powietrzem, dostałem nagle napadu duszności i o mało nie spanikowałem. Szybko wystawiłem głowę na zewnątrz i jakoś doszedłem do siebie. Wstaliśmy o 3 rano (i tak nikt chyba wtedy nie spał). Jest to konieczne, jeśli chce się dotrzeć do Muktinath po drugiej stronie przełęczy. W końcu też założyłem ciepłą kurtkę, która dotychczas spoczywała na dnie mojego plecaka. Jest ona potrzebna tylko na ten jeden dzień. Zamówienie śniadaniowe złożyliśmy poprzedniego wieczoru. Panowała dziwna atmosfera. Wszyscy, zazwyczaj weseli, chodzili w milczeniu, jakby zbierając siły na dzisiejszy etap wędrówki. Wyruszyliśmy tuż po wschodzie słońca, tj. o 5:30, choć byli i tacy, którzy szli przy świetle latarek. Na początku czekało nas b. strome podejście. Szliśmy wolno. Bardzo wolno. Gdyby nas ktoś obserwował i nie znał wysokości, pomyślałby, że się zgrywamy. Dookoła panowała idealna cisza. Jedynie nasze buty wystukiwały powolny, ciężki rytm na kamienistym szlaku. Nad naszymi głowami w zabójczym tempie przeleciały dwa ścigające się orły. Słońce świeciło z całych sił i nic nie zdradzało wrogości otaczającego nas środowiska. Nagle zaczęła boleć mnie głowa. Do tego doszło dziwne odczucie w płucach, jakby ból i wielki opór. Wszystko ustąpiło na szczęście po którymś z odpoczynków. Zastanawiałem się jak dziewczyny zniosą ten wysiłek, ale szły wolno, lecz pewnie. Szlak należał do tych, które zdają się nie mieć końca. Za każdym z pagórków, za którym spodziewaliśmy się już szczytu, następował kolejny pagórek. I tak w kółko. Gdy byliśmy już bliscy obłędu, a nogi stawały się jak z ołowiu, w oddali dostrzegliśmy małą chatkę, tablicę i całe mnóstwo buddyjskich chorągiewek modlitewnych. To musiało być TO! Dotarliśmy na przełęcz Thorung La na wysokości 5416 m n.p.m. (najwyższą przełęcz na świecie)!!! Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy dowiedziałem się, że w tej małej chatce, przez kilka tygodni mieszka dwójka Nepalczyków, zanim nie zmieni ich kolejna para! Przełęcz znajduje się między dwoma szczytami, Yakawakang i Khatung Kang, z którego właśnie schodziła wyprawa wysokogórska, widoczna tyl20.jpgko jako szereg małych punkcików na białym śniegu.

Szybko robimy kilka zdjęć pod pamiętną tablicą gratulującą sukcesu i rozpoczynamy zejście do leżącego 1600 metrów niżej Muktinath. Na początku, ogarnięci euforią, zbiegamy z Ewą na dół, co przypłacimy później boleśnie obtartymi piętami i palcami u stóp. Plecaki pchają nas do przodu, kolana zdają się zaraz eksplodować, a tu ciągle nie widać końca, choć cel widoczny był już z przełęczy. Po drodze spotykamy jeszcze polskie małżeństwo, a gdy w końcu stajemy przed schroniskiem, ból w moich stopach jest nie do zniesienia. W mniejszym lub większym stopniu będą już bolały do końca wędrówki. Ponadto jeszcze bardziej spaliłem sobie nos (mimo kremu z silnym filtrem ochronnym), a moje ręce wyglądają jak u miejscowych, są suche i brązowe. Mimo bólu i zmęczenia jesteśmy szczęśliwi. Udało nam się bez większych uszczerbków na zdrowiu pokonać najtrudniejszy odcinek trasy.

10.10.04

Choć odwaliliśmy wczoraj kawał dobrej roboty i należał nam się odpoczynek, trzeba było ruszać dalej. Na początku trasa była łagodna, krajobraz zmienił się radykalnie, byliśmy teraz na północ od całego masywu Annapurny, który zatrzymywał wszystkie chmury. Było zatem ekstremalnie sucho. Za szarymi szczytami na północy krył się Tybet, którego wpływ był tu szczególnie silny. Dolina, w której leży Muktinath, miejsce pielgrzymek zarówno buddystów jak i hindusów, jest przepiękna. Nie przypominam sobie bym kiedykolwiek widział wspanialszą. Otoczona szczytami górskimi, rozległa i niezwykle bogata kolorystycznie. Była akurat jesień i drzewa przypominały nam nasze rodzime, polskie klimaty. Nawet zapach opadłych liści sprawił, że zatęskniliśmy za domem. Przy szlaku miejscowe kobiety sprzedawały jabłka (dojrzewające notabene na wysokości 3600 metrów), a zaraz obok rosły gigantycznych rozmiarów krzaki marihuany, uginające się pod ciężarem dojrzałych kwiatów.

Idąc do Jomsom, koniecznie trzeba wybrać szlak wiodący przez wioskę Kagbeni! Wszystkie osady w tej okolicy wydają się być z innego świata, ale to właśnie ta wioska jest z nich wszystkich najbardziej niesamowita. Wąskie uliczki tego starożytnego miejsca to często tunele, chroniące mieszkańców przed szczególnie silnie wiejącymi tu wiatrami. Nad drzwiami domów wiszą dziwne amulety ze słomy i kolorowych wstążek, panuje ogólny spokój, jakby bardziej uduchowiony niż gdzie indziej. Z Kagbeni można rozpocząć wędrówkę do legendarnego królestwa Mustang i jego stolicy Lo Monthang. Jest to jedno z najbardziej niedostępnych miejsc na świecie, a pozwolenie na wejście na jego terytorium kosztuje 700 USD (!!!) za tydzień. Podobno warto.

Dalej szlak prowadzi wyschniętym korytem Kali Gandaki. Trasa słynie z wyjątkowo silnych wiatrów i faktycznie, nigdy jeszcze nie wiało mi w twarz tak mocno. Dodatek piasku czyni, że czujemy się jak w piaskarce, nawet nie myślę o wyciągnięciu aparatu. Droga jest nudna i mozolna, tym bardziej cieszymy się, gdy w końcu docieramy do Jomsom. Lokujemy się w "Hotel Nilgri View", który okazuje się najwspanialszym na całej trasie. Jesteśmy jedynymi gośćmi, a domowa atmosfera i doskonałe jedzenie kuszą by zostać dłużej. Warto zapamiętać tę nazwę!

11.10.04

Podczas dzisiejszej wędrówki trafiamy do Marphy, kolejnej starej osady, która wygląda niczym skansen. Z wąskich uliczek zaglądam do domów i widzę izby ulepione z gliny, w których ściany gładko przechodzą w podłogę, z której wyrasta gliniany piec pełniący jednocześnie funkcję kuchenki. Z sufitów zwisają naczynia i inne przybory kuchenne. Nie do wiary. U nas można by coś takiego oglądać co najwyżej w muzeum, tutaj to codzienność! Ale to jest właśnie Nepal. Czułem się jakbym spoglądał z okien jakiejś maszyny czasowej, byłem czystym obserwatorem, nawet nie chciałem ingerować w ten świat, żeby przypadkiem niczego nie zmącić. W końcu lądujemy w Larjung, naszym kolejnym miejscu noclegowym.

12.10.04

Co za pech! Akurat dzisiaj, gdy mieliśmy mieć najpiękniejsze widoki na całym szlaku, niebo zasnuło się chmurami i przez cały niemal dzień lał deszcz. A szlak prowadził najgłębszą na świecie doliną znajdującą się pomiędzy dwoma ośmiotysięcznikami: Dhaulagiri i Annapurną I. Dodatkowo tysiące kopyt górskich kóz pędzonych w dół doliny zamieniło go w błotniste grzęzawisko, co uczyniło chodzenie nadzwyczaj chlupoczącym i brudnym przedsięwzięciem. Tworzyły się kozie zatory na wiszących mostach. Zwierzęta panicznie bały się wysokości i nie chciały iść dalej. Pomagaliśmy pastuchom i zaganialiśmy je w odpowiednie miejsca, żeby przyspieszyć cały proceder, często na próżno. W Ghasie postanowiliśmy zakończyć dzisiejszą wędrówkę.

13.10.04

Od samego rana, przez cały dzień świeciło słońce. Cóż, o jeden dzień za późno. Trasa bardzo łatwa i przyjemna. Docieramy do Tatopani, bardzo przyjemnego miejsca z naturalnymi, gorącymi źródłami. Wieczorem, z latarkami w rękach, poszliśmy się w nich wykąpać. To co tam zastaliśmy, okazało się najprzyjemniejszym dla ciała doznaniem podczas całej wędrówki, a może i całego wyjazdu. Woda na początku trochę za gorąca, już po chwili ogarnęła i wciągnęła spragnione ciepła i zmęczone wędrówką ciała. Leżeliśmy w wodzie opierając głowy o wielki kamień i spoglądając na doskonale widoczne tu gwiazdy. Wszędzie latały też świetliki, czyniąc atmosferę jeszcze bardziej nierealną. Wszystko ma jednak swoją cenę i już po chwili poczuliśmy ogromne zmęczenie, jakby woda wyciągnęła z nas całą energię. Doznanie było tak mocne i wszechogarniające, że ledwo trzymaliśmy się na nogach i mimo wczesnej pory od razu poszliśmy spać.

14.10.04

Podczas porannego pakowania plecaka okazuje się, że wczoraj tak mnie przyćmiło przy gorących źródłach, że zapomniałem kąpielówek i bluzy z polaru. Na szczęście odzyskuję zgubę i możemy kontynuować wędrówkę ku wiosce Beni, skąd łapiemy transport do Pokhary. Nie do wiary, koniec górskiej przygody! Udało się uniknąć spotkania z maoistami! Robimy jednak błąd, postanawiamy ominąć Poon Hill, stanowiący jeden z najlepszych punktów widokowych w całych Himalajach. Kosztowałoby nas to zaledwie jeden dzień wędrówki więcej. No nic, następnym razem. W Pokhrze zaczepia nas dwóch naganiaczy hotelowych, są jednak bardzo uprzejmi i nie narzucają się jak ich indyjscy koledzy po fachu. W końcu wybieramy Pokhra Peace Home, co okazuje się doskonałą decyzją. Wytargowaliśmy 150 rupii za obszerną dwójkę z łazienką. Znowu ogarnia nas euforia podobna do tej, którą czuliśmy po dotarciu do Kathmandu. Kolejna namiastka luksusu dla zmęczonych wędrówką ciał. Idę z Ewą do pobliskiej, niedrogiej restauracji, gdzie zamawiamy lasagne z mięsem i bananowe lassi (coś w rodzaju shake'a na bazie jogurtu zmiksowanego z bananami). Tego nam było trzeba! Czujemy się wyśmienicie i postanawiamy zostać tu nieco dłużej niż planowaliśmy.

15.10.04

Pokhara jest wspaniała, dużo przyjemniejsza niż stolica. Więcej tu zieleni i spokoju, no i ten wspaniały widok na góry! Odpoczywamy i delektujemy się panującą tu atmosferą.

16.10.04

Wstaję o 5:30, budzę właściciela pobliskiej wypożyczalni rowerów i kupuję kilka słodkich bułek od wędrownych sprzedawców (czy oni w ogóle nie śpią?). Następnie jadę na Damside, najlepszego miejsca widokowego przy jeziorze Phewa Tal. Dogaduję się ze strażnikiem i wchodzę na teren zapory. Tam rozstawiam statyw i pstrykam kilka niezłych fotek gór o wschodzie słońca, odbitych w tafli jeziora. Po śniadaniu część grupy wypożycza motory (350 rupii za dzień) i jedzie na Sarrangkot. Ja z Ewą postanawiamy zwiedzić górującą nad miastem białą stupę i Devi's Falls. Widok z góry jest rewelacyjny, choć sama stupa okazuje się delikatnie mówiąc nieciekawa. Wodospad Devi's Falls, sprawił natomiast, że odkryłem w sobie nowy rodzaj lęku, pierwotnej fobii, której dotychczas nie znałem. Otóż, gdy myślimy o wodospadzie, wyobrażamy sobie górę, z której na dół leci woda. Tutaj teren jest całkowicie płaski, lecz już z daleka słychać szum wody. Co jest grane - pomyślałem? Dopiero gdy zbliżyłem się do miejsca, z którego wydobywały się niczym z wielkiego kotła, olbrzymie ilości pary wodnej, zrozumiałem o co chodzi. Otóż w ziemi znajduje się rozpadlina, szeroka na dwa, długa na 6-7, a głęboka na 100 metrów w którą z łoskotem wpada rzeka, żeby 200 metrów dalej ponownie wypłynąć na powierzchnię. Efekt był jednak tak niesamowity, że w pierwszej chwili skamieniałem ze strachu i nie wiedziałem czy iść dalej, czy jak najprędzej uciekać. Czułem się wyjątkowo niepewnie, jakby jakaś obca siła nade mną zapanowała. Ważne jest żeby odwiedzić wodospad do wczesnego popołudnia, później bowiem przymykają tamę i wody jest kilkakrotnie mniej, a co za tym idzie, nie ma takiego efektu. Dodać należy, że w 1961 roku, w tę skalną otchłań wpadła szwajcarska turystka Davi.

Przed kasami biletowymi do wodospadu, rozlokowali się tybetańscy uchodźcy, sprzedający biżuterię. Jakość jest niezła, a ceny po intensywnych negocjacjach bardzo przystępne.

17.10.04

Dzisiejszy dzień spędzamy na leniuchowaniu. Wieczorem idziemy po raz kolejny do miejscowego artysty posłuchać gry na didgeridu, instrumencie australijskich aborygenów. Sami też próbujemy swoich sił, lecz są to tylko nędzne próby w porównaniu z wyczynami grającego od lat człowieka. Zastanawiam się nawet nad kupnem wyrabianego na miejscu instrumentu z bambusa. Są znacznie tańsze niż oryginalne eukaliptusowe wydrążone przez termity.

18.10.04

Rankiem żegnamy się z Pokhrą, wiedząc, że jeszcze tu kiedyś wrócimy; wsiadamy w autobus do Kathmandu i po 8 godzinach docieramy na miejsce. Gdy idziemy do naszego starego hotelu, czuję się jakbym wracał do domu. Odbieramy pozostawione w hotelu bagaże i od razu ruszamy na obiad do Momo Stara na naszą ulubioną tybetańską potrawę - chicken thukpa - czyli coś w rodzaju rosołu z makaronem. Jest super!

19.10.04

Dziś postanawiamy kupić bilety do Chitwan i ku naszemu zaskoczeniu, dowiadujemy się, że nie ma nigdzie wolnych miejsc. Powodem jest zbliżające się święto Dasain, na które wszyscy Nepalczycy wracają do domów. Nie przewidzieliśmy tego i jedynym rozwiązaniem jest 10 dolarowy bilet Greenline (oczywiście poza samolotem).

Resztę dnia spędzamy na zakupach. Nasz pokój hotelowy jest cały zawalony różnymi gratami, aż strach pomyśleć gdzie to wszystko pomieścimy.

20.10.04

Wieczorem grupa znowu się rozdziela, Dawid i Jarek opuszczają Nepal i wracają do Indii. Nas czeka to samo za kilka dni.

21.10.04

Ostatni dzień w Kathmandu. Zwiedzamy wielką stupę w Bodhnath. Jest wspaniała. Równie ciekawa jest żyjąca tu mniejszość tybetańska. W tradycyjnych strojach przechadzają się wokół stupy, kręcąc trzymanymi w dłoniach młynkami modlitewnymi. Panujący tu spokój mącą jedynie wąsaci turyści z Indii wraz z rodzinami. Z podniesionymi głowami i głośno dyskutując przechadzają się po obiekcie. Od przybyłych tu na modły buddystów dzieli ich przepaść.

Wieczorem postanawiamy pójść do restauracji i zjeść coś wyjątkowego. Mimo wielkiego wyboru dość ekskluzywnych miejsc, zasiadamy w końcu w chińskiej restauracji, przyległej do hotelu (Chang Hotel) dla chińskich biznesmenów przyjeżdżających do Kathmandu. Wszystko wygląda jak szkolna stołówka - poplamione obrusy i sztuczne kwiatki. Ale to nie ma dla nas znaczenia. Fakt, że kucharze i klienci są z Chin wystarcza nam, żeby mieć pewność co do serwowanego tu jadła. Na godzinę cofamy się w czasie o rok, wtedy po raz ostatni jedliśmy tak doskonałe dania kuchni syczuańskiej, której jesteśmy wielkimi fanami. Polecam!

Przed snem wychodzę na dach naszego hotelu i spoglądam na miasto. Szybko minął ten miesiąc, przygoda dobiega końca, ale wiem, że kiedyś tu jeszcze wrócę.

22.10.04

Wczesnym rankiem opuszczamy hotel i na piechotę postanawiamy dotrzeć do autobusu. Poza plecakiem dźwigam wielki wór z prezentami, ważący 17 Kg (na szczęście możemy na pokład samolotu zabrać aż 64 Kg/os, nie musimy zatem płacić za wysłanie paczki). Gdy ostatnimi resztkami sił docieramy na miejsce, naszym oczom ukazuje się straszliwy widok. Z okazji przypadającego dziś dnia Navami (dziewiąty dzień święta Dasain), czynione są ofiary ze zwierząt. Na naszych oczach dwóch Nepalczyków wielkim nożem Gurkhów (Gurkhowie to nepalska mniejszość etniczna), odrąbuje głowę czarnej kozie, a tryskającą z tętnic krwią spryskują koła naszego autobusu. Szczęki opadają nam do kolan, choć czytaliśmy wcześniej o tych obrzędach. Tego dnia tysiące kóz i bawołów traci życie dla zaspokojenia jej krwiożerczej mości, bogini Durgi. Cóż, co kraj to obyczaj, a dodatkowo ma to nam zapewnić bezpieczną podróż. Tylko ciekawe co na to kozy???

Przejazdy Greenline, choć drogie to jednak oferują coś za swoją cenę. Wygodne siedzenia i klimatyzacja, jak i wliczony w cenę pyszny i obfity obiad (jem za trzech, nie wiadomo kiedy znowu nadarzy się taka okazja) po drodze, sprawiają, że zapominamy o bolesnych wydatkach i rozkoszujemy się kolejną namiastką luksusu podczas tego wyjazdu.

Na miejscu odbiera nas umówiony naganiacz hotelowy i wiezie do Park Side Hotel, którego właścicielem jest Niemiec żyjący w Nepalu od kilkudziesięciu lat. Gdy jednak wchodzimy do naszego pokoju z wielkim łóżkiem z baldachimem, obrazami, meblami i innymi sprzętami, których raczej niewiele było w naszych dotychczasowych noclegowniach, z przykrością oznajmiam, że nie zostaniemy bo za drogo. Nic nie jest jednak niemożliwe i po krótkiej dyskusji z właścicielem w jego ojczystym języku cena spada z 15 Euro na 3! Tak oto lądujemy w najbardziej burżujskim hotelu podczas całego wyjazdu. Aż głupio się czujemy. Owszem, można było postarać się o coś znacznie tańszego, ale przy naszym pośpiechu załatwienie spania i safari poprzez biuro turystyczne w Kathmandu było jedynym rozwiązaniem.

Słonie jutro, dziś robimy kilkugodzinny spacer po okolicznych wioskach. Od razu zakochuje się w tej okolicy! Jest akurat czas żniw i całe wsie tętnią życiem. Takie klimaty lubię najbardziej. Znowu wędrówka w czasie. No i ci ludzie! Jednym słowem - rewelacja! Ach, to trzeba zobaczyć!!!

23.10.04

Gdy wczesnym rankiem wychodzimy z hotelu, wszyscy już na nas czekają. Nie ma nawet czasu na śniadanie. Za to każą nam wejść na pierwsze piętro hotelowej restauracji i tam czekać na transport. Chwilę później każą nam wstać i podejść do czegoś w rodzaju bramy, znajdującej się w balustradzie głównej sali jadalnej. Stamtąd od razu dostrzegamy pędzącego w zadziwiająco szybkim tempie wielkiego słonia i siedzącego na jego głowie "kierowcę"(zwanego w Nepalu Pahit'em). Wszystko odbywa się bardzo szybko. Zwierzę podbiega do podjazdu i na "wstecznym" zwinnie parkuje dokładnie pod nami. Otwieramy bramę i już siedzimy na jego grzbiecie! Gdy ponownie rusza od razu rozumiemy, dlaczego kazano nam się dobrze trzymać. Trzęsie bardziej niż w indyjskim autobusie, wrażliwi na pewno nabawią się choroby morskiej. Następnie jedziemy do parku narodowego, a właściwie strefy buforowej, bo safari w samym parku jest kilkakrotnie droższe. Z zupełnie innej perspektywy spoglądamy na otaczające nas wioski. Następnie słoń dziarsko przedziera się przez gęste chaszcze, co jakiś czas wypuszczając salwę gazów, pewnie produkt przeróbki jakiś 200 Kg pokarmu, który zjadł na śniadanie. Poszukujemy nosorożców, które obok tygrysów stanowią największą atrakcję parku. Niestety, mimo wysiłku naszego kierowcy nie udaje nam się zlokalizować ani jednego z nich. Szkoda, zwłaszcza jeśli pomyśli się o tym że jest ich tu ponad 500 sztuk, wg ekologów więcej niż może pomieścić park. Co roku ginie kilku miejscowych, padając ofiarą błąkających się po polach gigantów. Mimo wszystko safari było wspaniałym przeżyciem, tu zwierzęta decydują czy chcą być widziane przez człowieka, czy nie.

Po przygodzie ze słoniem nadszedł czas na ostateczne pożegnanie się z Nepalem. Obsługa hotelu pomaga nam kupić bilet do granicy. Sami byśmy tego w takim tempie nie zorganizowali. Wieczorem chcemy przecież siedzieć w pociągu do Delhi. No i kolejna traumatyczna jazda. Dziś przypada dzień Dasain, podczas którego rodziny odwiedzają się nawzajem. Nasz autobus zatrzymuje się co dwie minuty. Właściwie nie możemy się nawet rozpędzić, bo już trzeba hamować i zabierać kolejnych chętnych do podróży. A zmieszczą się wszyscy, jak nie w środku, to na dachu. Ktoś kładzie mi na kolanach śpiące dziecko, jakaś kobieta zasypia na stojąco, leżąc częściowo na mojej głowie, ktoś inny mdleje od ścisku i upału. Ogólnie rzecz biorąc - masakra! Po wielu komplikacjach (sprzedano nam bilet nie tam gdzie chcieliśmy dojechać) docieramy do granicy, gdzie z okazji święta wszystkie kantory pozamykane, a ja mam jeszcze sporo nepalskiej gotówki. Ratuje mnie pewien Sikh, nie biorący udziału (z oczywistych powodów) w hinduskim święcie. Jeszcze kilka stempli (indyjscy celnicy rzucają moim paszportem jak śmieciem) i jesteśmy znowu w Indiach. Nie ma czasu do stracenia, dlatego łapiemy terenówkę (za 70 IR) do Gorakhpur, na autobusy było już za późno. Pędzimy jak szaleni, ściśnięci jak sardynki w puszce. Mimo wszystko mam dziwnie dobry nastrój, jakby błogostan. Czuję się tu całkiem pewnie, wiem co mnie czeka. Po drodze mam czas na szybkie przeanalizowanie całego wyjazdu i aż kręcę głową ze zdumienia na wspomnienie tego co przeżyliśmy. Spoglądam z perspektywy trzech miesięcy na wszystko co nas tu spotkało i próbuję odfiltrować nieprzyjemne doznania podróży po Indiach. Wszystko przybiera nowe oblicze, staje się dziwnie cenne i wyjątkowe. Nie da się tego opisać, to trzeba przeżyć!

Na drogach hindusi świętują zwycięstwo Durgi nad siłami zła, tańczą w transie do przeraźliwie głośnej muzyki i obleśnie kiczowatej figurki bogini. Oczywiście sami mężczyźni, kobietom wstęp wzbroniony... Nagle blokada drogi, pełno policji, każą czekać do rana bo miejscowi świętują tu szczególnie hucznie. Wąskimi, bocznymi dróżkami omijamy blokadę i na czas przybywamy do Gorakhpur, skąd mamy pociąg do Delhi (chociaż biletów nie dostaliśmy; pozostały tylko wejściówki do pociągu). Po poczekalni dworca przechadza się święta krowa. Leżący na ziemi podróżni nie obchodzą się z nią bynajmniej jak ze świętością i zdecydowanymi uderzeniami pałek, lasek, czy rąk odpędzają zwierzę od swych legowisk. Miarka przebiera się gdy krowa załatwia swe potrzeby fizjologiczne obok głowy jednego ze śpiących tu ludzi. Zostaje wypędzona z budynku, po to, by zaraz powrócić ze swoją koleżanką... Obok jakiś mundurowy na pyrczącym motorze manewruje między leżącymi w poczekalni hindusami. Ja uśmiecham się i kręcę głową, dla mnie wszystko jest jasne: "Welcome to India!"... ale to już całkiem inna historia.

By Piotr Ptak
Source: http://eturystyka.org/




» Odpowiedz

Opinie i komentarze (0)

fotoreportaze
Jeśli szukasz kredyt lub pożyczki na swój wymarzony i wgzotyczny wyjazd skorzystaj z oferty naszych partnerów finansowych, serwisów 7kredyt.pl oraz Internetowego Domu Kredytowego KredytHouse.pl

Sonda

Gdzie w tym roku spędzisz urlop?

W kraju, nad morzem

W kraju, nad jeziorem

W kraju, w górach

Za granicą

Najnowsze firmy w bazie

Tanie Bilety Lotnicze

Centrum Rezerwacji Lotów - tanie loty do większości lotnisk na świecie. Ponad 1000...

Bieszczady - noclegi pokoje...

Portal o Bieszczadach dla miłośników tych pięknych gór oraz dla tych co dopiero...

Newsletter

Jeżeli chcesz być informowany o nowościach w serwisie 7travel.pl, dodaj swój e-mail:

Portal 7travel.pl: Komunikaty | Reklama w serwisie | Zostań redaktorem | Współpraca z portalem 7travel.pl | Napisz do nas

Fora 7travel.pl: Hotele | Austria | Chorwacja | Grecja | Hiszpania | Turcja | Egipt | Maroko | Suwalszczyzna

© Copyright by 7travel.pl, 2009-2014